środa, 23 kwietnia 2014

Glenariff

O tym miejscu słyszeliśmy wcześniej od kilku osób które tam wcześniej były. Słyszeliśmy, że naprawdę ładnie, pięknie, widzieliśmy czyjeś zdjęcie przy wodospadzie. Coś jak wodospad Wilczki. Jednak jechać tam by wejść w las zobaczyć wodospad i wrócić? Eee. Yy.

Pogoda podczas Świąt była cudowna i czas było pojechać w jakieś nowe miejsce. Może jednak ten wodospad?

Pięknie? Naprawdę ładnie?

A trzeba było powiedzieć, że:
Jedzie się tam szczytami wzgórz, między pastwiskami, że jest przestrzeń i niebo bardzo nisko. Zanim wjedzie się w las mija się stary młyn zatopiony między skałami poniżej drogi, z zielonym stawem po którym pływają kaczki. Przejeżdża się przez las w którym światło bawi się z mchem i paprociami. Kiedy zatrzymujesz w końcu samochód na rozległym parkingu to co cię uderza to przestrzeń, ciągnące się daleko krawędzie Glens of Antrim wiszące nad rozległą doliną. Jesteś w górach. Kiedy idziesz ścieżką w dół, schodami w dół, po pomostach w dół, między drzewami, pod skałami, nad wodą, nad przepaścią masz nogi z galarety i kręci ci się w głowie. Woda szumi, bo woda jest wszędzie. Rzeka przedziera się tu przez skały, tam odpoczywa. Zasilają ją niezliczone maleńkie strumyczki, maleńkie wodospady i źródełka, woda kapie z omszałych, porośniętych paprociami skał. Jest więcej niż pięknie, jest bajkowo.


















 



Drzewa w parku są zainfekowane grzybicą, która sprawia, że porastają czym się da.

Sam park ma dobre zaplecze i mnóstwo miejsca na pikniki i do pogrania w cokolwiek (frisbee i piłka w naszym przypadku), jest tak rozległy, że pomimo Świąt i tłumów nie było problemu ani z parkowaniem ani wygospodarowaniem kawałka trawnika (mechnika) dla siebie. Jeśli kogoś z Was czytających tam kiedyś zabierzemy (lub zabierzecie się sami) to co powiecie na porządny piknik z grillem po jednym z tych dłuższych szlaków?  

środa, 16 kwietnia 2014

Czasem są naleśniki

Jest kilka przepisów, które odkryłam dzięki temu, że prowadziłam Galangal (mój poprzedni blog, stricte kulinarny) i które na stałe weszły do mojego repertuaru. Jednym z nich jest przepis na zapiekane naleśniki pochodzący z dziewiętnastowiecznej książki kucharskiej. Uwielbiam je! Niezbyt często jemy słodkie obiady (ok, niezmiernie rzadko), ale jeśli już to prawie zawsze są to naleśniki: smażone z serem lub te: zapiekane z dżemem. Jeśli interesuje Was oryginalny przepis i moja pierwsza jego interpretacja to odsyłam do tego wpisu.
Przepis jednak nie jest niezbędny, jego zarys może tak, ale proporcje trzeba sobie samemu dostosować do własnego gustu.
Patent polega na tym, że naleśniki zawinięte z dżemem polewa się jajkiem zmiksowanym z mlekiem i cukrem i polewa się stopionym masłem; po czym wszystko się zapieka. Naleśniki nasiąkają płynem, on ścina się i rośnie, efekt jest taki, że z piekarnika wyskakują naleśniki pokryte chrupiącą skórką z delikatnym dżemowo-sufletowym środkiem. Cudo.
Robiłam je wiele razy i wiem, że nie wolno przesadzić z jakami, dżemu i cukru musi być minimalnie, a naleśniki muszą być najdelikatniejsze pod słońcem. Zdarza mi się dodać jakiś składnik aromatyzujący, albo też nie dodawać żadnego. Zawsze jest pysznie.
Dzisiejsze były tylko z dżemem agrestowym.



     

niedziela, 13 kwietnia 2014

Irlandzki łańcuch, cz.3, ostatnia






Skończyłam.

To była bardzo ciężka praca. Popełniłam mnóstwo błędów i miałam momenty kiedy chciałam się poddać. 

Jednak skończyłam. Pomimo miejscowych koślawości, niedokładności i tragicznego spodu (serio), bolących rąk i zakwasów w prawej łydce (serio) - było warto.

Quilt leży na łóżku Madzi. Madzi się podoba. Piotrek mówi, że czas na quilt dla niego. Magda się z nim kłóci, że najpierw ma być wielka poducha biedronka dla niej.

Może jednak najpierw spodnie dla mnie.

Od wielkich form muszę odpocząć.





 

piątek, 4 kwietnia 2014

Irlandzki łańcuch, cz.2



Przede mną na podłodze leży kanapka z trzech warstw materiału pospinanych agrafkami. Mój patchwork jest gotowy do pikowania. Stopki dalej brak. Dzięki temu mam czas na to by porządnie zastanowić się jak chcę to zrobić. Chyba najprostsze będzie szycie przy szwach, po kwadracie?
Nie kupiłam jednak kołder z Ikei żeby je rozbebeszyć i użyć ich wypełnienia. Przypomniałam sobie jakie było w dotyku i przestraszyłam się, że będzie tańczyć pod igłą. Pojechałam po pracy do najbliższego sklepu z materiałami i kupiłam trzy metry jedynego wypełnienia jakie mieli. Jest stabilne, dość puchate i może odrobinę za grube. Mój quilt będzie wyglądał bardziej jak kołdra niż narzuta, ale może to nie będzie wada, wyobrażam sobie, że Madzi będzie to odpowiadało.
Zdjęcia kanapki nie mam, ale może się jeszcze zdarzy. Na razie zdjęcia wykończonego wierzchu i spodu.




Tak wygląda spód ...





... a tak skończony wierzch.

środa, 26 marca 2014

Patchwork dla Madzi:podwójny irlandzki łańcuch cz.1


Madzia postawiona przed ekranem komputera, na którym wyświetliłam swoją tablicę z patchworkami na Pintereście, powiedziała 'ten' wskazując na narzutę w biało-czerwony irlandzki łańcuch, 'ale turkusowy.' Tak zakończyły się kilkutygodniowe rozważania na temat która i w jakich kolorach. Udało mi się w sieci znaleźć wzór w miarę podobny i na tej podstawie narysowałam sobie to jak taka narzuta miałaby wyglądać. Było to niezbędne do tego żeby móc sobie zaplanować rozmiar i szycie.





 
Kiedyś myślałam, że patchwork robi się zszywając po kolei kawałki materiału, jeden po drugim (czasem się tak robi), ale tak naprawdę to konstruuje się bloki - używając różnych sprytnych geometrycznych zabiegów, które usprawniają pracę. Ten patchwork wymaga konstrukcji dwóch rodzajów bloków i użycia przynajmniej dwóch kolorów materiału.

Materiał kupiłam w piątek wieczorem, w ten sam dzień go wyprałam (bo może się skurczyć albo zafarbować - lepiej przed niż po szyciu!), a w sobotę rano byłam gotowa do pracy.






Na zdjęciu nie zmieściły się dwa zasadnicze elementy patchworkowego warsztatu: żelazko i deska do prasowania! Okazało się, że prasowanie jest niezwykle ważnym elementem w procesie.

Obliczyłam sobie, że jeśli mój podstawowy mały kwadracik na gotowej narzucie będzie miał 6cm to powyższy wzór powinien dać mi narzutę 150x180 cm, a ramkę mogę dodać na końcu już dowolnej szerokości. To, o czym musiałam pamiętać, to to że każdy kwadracik który będzie zszywany z jakąkolwiek częścią patchworku musi mieć dodany półcentymetrowy zapas na szwy z każdej strony. Obliczenie materiału było takie pi razy drzwi (na szczęście Madzia wybrała sobie tani materiał, produkowany lokalnie i dostępny w każdym sklepie - w każdej chwili można sobie dokupić, 1,2m jasnego i 2,5 m ciemnego spokojnie wystarczyły na przedni panel (no i kilka 'strat' które się przydarzyły), na ramkę i spód będę musiała dokupić kiedy już zdecyduję się na ostateczną wielkość narzuty).

Zaczęłam od konstrukcji szachownicy. Zabrałam się za to tak:





  







Jak się przyjrzycie szachownicy to pewnie zauważycie, że składa się ona z dwóch rodzajów rzędów, które można sobie stworzyć hurtowo zszywając naprzemiennie kolorami paski materiałów (raz zaczynając od jasnego, raz od ciemnego)  i potem je krojąc w poprzek.
O tak:






A potem zszywając paski naprzemiennie:






Boczne elementy drugiego bloku też można zrobić hurtowo zszywając szeroki ciemny pasek z dwoma jasnymi cienkimi paskami (to będą narożne kwadraciki).
 





Podobnie do poprzedniego elementu taki gotowy pas kroi się na poprzeczne paski, które doszyte do kolejnego ciemnego prostokąta prezentują się tak:






Wszystkie kawałki na zdjęciach są już wyprasowane, wszystkie szwy trzeba dokładnie rozprasować zanim połączy się elementy ze sobą.



Brzmi jak mnóstwo pracy? Jest, ale podczas weekendu, głównie w sobotę, udało mi się stworzyć po piętnaście bloków każdego rodzaju.









W poniedziałek pozszywałam bloki w poprzeczne pasy (pięć bloków naprzemiennie), a we wtorek zszyłam ze sobą pasy w całość. To była najtrudniejsza część. To jest tylko materiał, tu się naciągnie, tu zaprasuje i aż do momentu stworzenia poprzecznych pasów dokładne zszycie w momentach gdzie mają stykać się rogi kwadracików nie jest aż takie trudne. Sama końcówka jednak, kiedy już prawie wszystko jest zszyte i małe jest pole manewru, musiałam się trochę pogimnastykować. Nie jest idealnie, jest tak:




Przedni panel (minus ramka o jeszcze nie znanej szerokości) jest gotowy. Teraz czekam na przesyłkę z odpowiednią do patchworku stopką, muszę kupić wypełnienie i zdecydować się na to co będzie po drugiej stronie. Jak to wszystko będę miała, będzie druga część zabawy no i miejmy nadzieję efekt, którym będzie się można pochwalić.
Tymczasem.    
      

poniedziałek, 24 marca 2014

Dlaczego ja to sobie robię?

Gdybym trzymała się jednej rzeczy pewnie byłabym już starą wyjadaczką. Jedno hobby zazwyczaj wystarcza człowiekowi. Ale mnie zawsze jakoś tak gna do nowych rzeczy, do tego żeby się czegoś nowego nauczyć. Chyba nigdy w niczym nie będę tą starą wyjadaczką. Znowu jestem początkująca ... w patchworku. Kiedy pisałam, że tylko tak o i że małe formy, najwyżej poduszki to coś zatrybiło w tej mojej głowie i zachciało mi się czegoś wielkiego. W sobotę zaczęłam patchwork na łóżko Magdy. Stopniowo będę się dzielić efektami pracy. Będzie krok po kroku i dużo zdjęć! Tymczasem!  

niedziela, 16 marca 2014

Była sobie flanelowa koszula





Koszula była mojego męża, ale miał ją na sobie może raz, nie lubił jej. Wyciągnęłam ją dawno temu z worka z ubraniami do oddania i nosiłam po domu. Mogłam się nią owinąć, była o wiele za długa i za obszerna, rękawy były tak długie, że koszula wyglądała jak kaftan bezpieczeństwa. Kiedy w końcu kupiłam sobie matę i nóż obrotowy (z myślą o patchworku) przerobienie koszuli wydało mi się super projektem do wypróbowania nowych narzędzi. Pooglądałam sobie przeróbki koszul w Internecie, wydało mi się to bajecznie proste (no bo jest), rzuciłam koszulę na matę, obcięłam co trzeba, zszyłam i ... zorientowałam się, że krojąc koszulę zapomniałam dodać odpowiednie zapasy na szwy, ha ha ha. Koszula była za mała nawet na moje dzieci (całkiem już spore i niewiele mniejsze ode mnie). Koszula nie skończyła jednak w koszu na śmieci. Pocięłam tył, przód pod kieszeniami i rękawy w prostokąty (krótszy bok tej samej długości) i zszyłam je w długi szalik-pętlę.  Wiedziałam, że spodoba się Madzi i że będzie jej pasował do wielu ubrań i na szczęście tak było. Wygląda cool.

Gdyby sobie ktoś teraz pomyślał, że jestem osobą kreatywną, to muszę się przyznać do tego, że po prostu potrafię kreatywnie używać google.

Nóż obrotowy to genialne narzędzie.