niedziela, 26 kwietnia 2015

Irlandzki, pełnoziarnisty chleb na sodzie





Tradycyjne irlandzkie chleby są pieczone na sodzie. Długo nie były w moim guście. Ja lubię chleby na drożdżach, na zakwasie, wyrastane, przypieczone, z dziurami w środku, pachnące na umór. No, tylko że ... ja prawie nie jem chleba. Nie powinnam jeść chleba. Chleb to przepyszny wróg mojego trzymania się satysfakcjonującej mnie wagi. Poświęcanie więc czasu na pieczenie chleba na zakwasie to masochizm. 
Biały chleb na sodzie (Irish soda bread) nigdy nie przypadł nam szczególnie do gustu. To coś co można kupić jeśli przyjeżdża ktoś z Polski w gości (nie żeby to jakoś się często zdarzało). Pełnoziarnisty (wheaten bread) jednak zyskał sobie szczególną sympatię mojej młodszej latorośli. Od czasu do czasu go kupowałam, ale ja się nim nigdy szczególnie nie zachwycałam. Był dla mnie zawsze zbyt słodkawy.
Przed Wielkanocą odświeżyłam zakwas i miałam zamiar upiec solidny bochen żytniego chleba. Mąki były przed Świętami w promocji 3 w cenie 2, więc po wybraniu dwóch które potrzebowałam zaczęłam przeglądać gotowe miksy mąk na różnego rodzaju chleby. Co było trochę poza moimi normami, bo ja lubię wszystko od początku i należycie, nigdy na skróty (świr, wiem). Wybrałam wheaten, Do mąki wystarczyło dodać mleko lub maślankę, opcjonalnie masło i/lub cukier.
Zakwas nie zdążył nabrać mocy. Chleb na nim upieczony był jak cegła, zjadliwa, ale daleka od tego czym jest dobry chleb. Wheaten wyszedł jak marzenie. A że opakowanie zawierało 1,5 kg mąki, tyle, że wystarczyło na trzy bochenki, przez święta jedliśmy właśnie go.
Nie dodałam ani masła, ani cukru i pozbawiony słodyczy wheaten był przepyszny. Od Świąt piekę go cały czas. Najlepsze w nim, oprócz oczywiście smaku, jest to, że robi się go dosłownie chwilę. Wyrobienie ciasta zajmuje pięć minut, pieczenie trzydzieści. Ekspres. Można machnąć go na godzinę przed śniadaniem lub kolacją. Nie muszę chyba nikomu mówić, że najpyszniejszy jest z masłem? Najlepiej irlandzkim solonym!!!

Próbowałam od tamtego czasu różnych gotowych mieszanek (jak i domowych!) i różnych proporcji. Najlepsze w przepisach na wheaten jest to, że są bardzo elastyczne. Najważniejsze są proporcje mąk, to ile płynu się doda ma mniejsze znaczenie. Chleb wyjdzie niezależnie od tego, czy ciasto będzie na tyle gęste, że można go wyrobić ręcznie i piec na blasze, czy na tyle rzadkie, że trzeba wyrabiać łyżką i piec w formie. Osobiście wolę chleby pieczone w formie, robione z rzadszego ciasta, mniej się kruszą. Lepiej też wyrastają chleby pieczone na tłustym mleku niż na maślance. Ale to przecież już kwestia gustu. Trzeba sobie trochę poeksperymentować.

Zakładam, że nie macie dostępu do mieszanki na wheaten, ale to oczywiście w niczym nie przeszkadza, bo jest ona tylko mieszanką mąki pełnoziarnistej, zwykłej, soli i sody. Można sobie samemu wymieszać, nie?

Oczywiście mąki polskie będą się różniły od irlandzkich i ciasto może wyjść nie takie jak powinno, ale cokolwiek wyjdzie wrzućcie do piekarnika, będzie ok!

400 g pełnoziarnistej mąki pszennej
100 zwykłej mąki (nie chlebowej, im mniej glutenu tym lepiej!)
łyżeczka soli
płaska łyżeczka sody oczyszczonej
320 ml maślanki lub mleka
opcjonalnie łyżeczka cukru i/lub łyżka masła
łyżka płatków owsianych do posypania chleba (można też dodać do ciasta)

Wymieszaj suche składniki w misce, połącz z mokrymi. Wyrób ciasto szybko - tylko na tyle żeby składniki się połączyły, Przełóż ciasto na omączoną stolnicę, rozwałkuj na grubość 3 cm. Natnij w krzyż (tradycyjnie, ja tylko tnę raz), wstaw do piekarnika nagrzanego do dwustu stopni, Piecz 30 minut. 



 Możesz jednak chlusnąć mleka więcej. Chleb na zdjęciu jest zrobiony z rzadkiego ciasta, do powyższych proporcji dodałam około 450 ml mleka.



niedziela, 19 kwietnia 2015

Ekspresowy quilt dla Julii






O tym, że uszyję quilt dla Julii wiedziałam od momentu kiedy jej mama wiedziała, że Julia będzie. Miałam tylko poczekać na to aż będzie wiadomo czy to Julia czy Julian. Kupa czasu do zaczęcia projektu i kupa na wykonanie wydawałoby się. Kto by przypuszczał, że czas biegnie tak szybko? Julia urodziła się we wtorek, kilka dni po terminie. We wtorek to ja nawet nie miałam pomysłu na quilt. W środę zdecydowałam, że uszyję prostą szachownicę z dużych kwadratów w żółciach. Pokój Julii jest słonecznie żółty i tym został podyktowany wybór koloru, Wzór został podyktowany tym, że szyje się go ekspresowo. Julia mieszka po sąsiedzku, nie mogłam zadać sobie uczenia się nowych wzorów, bo poszłabym do małej z prezentem chyba dopiero jak ta by siedziała i gaworzyła! Dałam sobie weekend na uszycie quiltu.

W czwartek po pracy udało mi się pojechać do sklepu z materiałami. Wrzuciłam to co kupiłam do pralki od razu po powrocie do domu. A że było bardzo wietrznie i słonecznie materiały wyschły szybko więc postanowiłam sobie je jeszcze przygotować- wyprasować i pociąć w pasy (pasy, bo szyłam tą samą metodą co szachownicę do irlandzkiego łańcucha). Ale jakoś tak się stało, że półtorej godziny później miałam gotowy przód quiltu. Najlepszą motywacją jest sterta sześćdziesięciu zeszytów do sprawdzenia, których bardzo, bardzo nie chce się sprawdzać!!! 
W piątek przepikowałam warstwy. Niestety, tym razem nie potrafiłam się zgrać ze stopką kroczącą. Szyła maleńkim ściegiem, bez względu na to jak ustawiałam długość ściegu i naciąg. Poddałam się i szyłam ze zwykłą stopką. Efekt jest taki, że ściegi są nierówne, ale nie aż tak żeby rzucało się to w oczy. W piątek udało mi się też przygotować lamówkę i przyszyć ją do prawej strony quiltu. Już, już miałam przepuścić ją przez maszynę, ale jakoś tak się powstrzymałam. Quilt wyglądał przyzwoicie, pomimo lekko tańczących szwów, po co go psuć? Jeszcze mi się nie udało przyszyć lamówki maszyną tak, żeby było ładnie i prosto, a szyjąc ze zwykłą stopką - bez szans! Postanowiłam przyszyć ją ręcznie. Quilt jest kwadratem o boku 90 cm, są to więc prawie cztery metry do obszycia, ale też tylko cztery metry. Do zrobienia. To był dobry wybór bo wyszło ładnie, a ja nauczyłam się czegoś nowego (nie, nie umiałam robić niewidocznego ściegu wcześniej). Podniosłam sobie teraz poziom i może strzeliłam w kostkę, bo co będzie jak będę miała coś większego do obszycia? 
Obszycie lamówki zajęło mi ponad dwie godziny, zrobiłam to wczoraj wczesnym popołudniem, a pod wieczór poszliśmy poznać Julię. Kruszyna!

No, to może więcej zdjęć (quiltu, nie Kruszyny!)

Tył zrobiony jest z jednego kawałka materiału w bardzo drobną krateczkę. Na tym zdjęciu nawet jej nie widać. Widać natomiast (mam nadzieję) pikowanie.



Rogi mi nawet, nawet wyszły (postęp w porównaniu z poprzednimi). Na zdjęciu widać i prawą i lewą stronę i to, że lamówka trochę krzywa. Ale widać też, że nie widać szwu.





I jeszcze zbliżenia na lamówkę z prawej i lewej.






Jestem dumna z siebie. Kolejny quilt. Lepszy niż poprzednie. Mam do zrobienia jeszcze jeden, ale z tym poczekam aż dzidzia się urodzi. Przyszła mama nie zna płci, a jeśli to będzie dziewczynka, to quilt będzie musiał być różówy!




sobota, 11 kwietnia 2015

Spodnie prosto spod maszyny i nowa książka The Great British Sewing Bee


Od dobrego miesiąca nowa książka The Great British Sewing Bee: Fashion with Fabric wędruje ze mną po domu. Biorę ją ze sobą do łóżka, do wanny, na kanapę ... przy każdej wolnej chwili wpatruję się w projekty i próbuję żenić je z materiałami które mam, lub które mogłabym mieć. Wygląda to może na zewnątrz leniwie, takie gapienie się w książkę, ale to proces bardzo intensywny myślowo. Po miesiącu gapienia się w obrazki w końcu coś z niej uszyłam. Najpierw jednak książka.



Autorką nowej książki TGBSB, w odróżnieniu od obu poprzednich napisanych przez Tessę Evelegh, jest Claire-Louise Hardie. Każda kolejna książka jest coraz lepsza i praktyczniejsza. Dwie pierwsze zawierały podstawy szycia i projekty. Wykroje do pierwszej można ściągnąć ze strony wydawnictwa (o cierpliwości przy drukowaniu i sklejaniu!). Do drugiej dołączone zostały wykroje do pięciu projektów, resztę również można ściągnąć ze strony wydawnictwa (Quadrille Publishing Ltd). Trzecia zawiera paczkę z wykrojami do każdego projektu z książki. A jest ich trzydzieści.




Wzory są naniesione po kilka na jeden obustronny arkusz papieru, nie można więc sobie ich po prostu wyciąć, ale i tak poszczególne elementy są naniesione bardzo czytelnie, zupełnie inna bajka niż arkusze z Burdy!




Chyba każda książka o szyciu zaczyna się podstawami szycia. Jest to może i nudne jeśli ma się już kilka tego typu książek, ale ta, oprócz bardzo podstawowych rzeczy, zawiera dość dużo informacji na temat nanoszenia zmian na wykroje - coś czego z czasem chciałabym się nauczyć, jako, że dosyć niestandardową mam figurę. W dodatku projekty w książce poprzeplatane są bardzo przydatnymi tutorialami.


Projekty w książce podzielone są na cztery grupy, w zależności od materiału z jakiego zostały wykonane. Każda grupa projektów poprzedzona jest charakterystyką materiału i poradami jak się z nim obchodzić. To co, może z każdego rozdziału po projekcie lub dwóch ku zachęcie?

Bawełna:



 Świetny wzór, top bez zapięć! Mam w planach uszyć sobie na lato. Może nawet nie jeden.



Vintage'owa sukienka? Pewnie nie uszyję, ale bardzo mi się podoba i z tego co widzę w Internetach, szyjący oszaleli na jej punkcie.

 Odzwierzęce:

Nie, nie uszyję sobie skórzanej kurtki, ani kiltu, ale oba projekty bardzo mi się podobają.



Materiały ze stretchem:


Ta sukienka wymaga użycia grubego jerseyu - więc poczekam z uszyciem do jesieni, bo szalenie mi się podoba.

Materiały luksusowe:


Absolutnie uwielbiam bluzki z kokardami, może nie z jedwabiu na pierwszy raz, ale docelowo tak.


Uszyłabym gorset ale niekoniecznie dla siebie. Ten jest piękny!



A tymczasem uszyłam sobie spodnie capri. Letnie, cienkie, z bawełnianej popeliny w retro kwiatki. W książce projekt wyglądał tak:



W moim wykonaniu tak:





Wyszły luźniejsze niż zamierzałam, ale poprawianie wykrojów lub zmniejszanie w trakcie na razie mnie przerasta. Jednak przez to że są trochę luźne są mega wygodne. Nigdy nie posądzałam się o to, że będę miała spodnie w kwiatki, a tu proszę, nie dość, że mam to jeszcze sama je popełniłam. Będę je nosiła, serio, jak bum cyk cyk.

A skoro uszyłam coś z TGBSB to mogę sobie pokomentować książkę z tego punktu widzenia. Wzór na arkuszu jest dobrze widoczny i przez to łatwy do odwzorowania, ale nie jestem pewna czy naniesione zostały na niego wszystkie punkty dopasowania, coś mi nie pasowała ich liczba, ale może to moje przeoczenie przy przerysowywaniu. Instrukcje są dokładne i nie ma kwiatków w stylu 'a teraz zrób fikołka na trapezie.' Te instrukcje które są skrócone, a przy tym projekcie są to: wszyj zamek i zrób odszycie, odsyłają do szczegółowego tutoriala. Język jest przystępny (tylko, że angielski) i jeśli pojawiają się termniny typowo krawieckie to są one elegancko wyjaśnione. Czuję się zachęcona do szycia z tą książką.

Jeśli coś nie poszło przy szyciu tych spodni to z powodu mojego rozkojarzenia i nie śledzenia instrukcji !!! Zrobiłam głupi błąd przy wszywaniu zamka (przecież robiłam już to nie raz więc tutorial sobie odpuściłam - to błąd, to błąd) i przymocowywaniu boku odszycia do niego, co mi lekko zepsuło wygląd spodni. Ale nic, zakryje się bluzką.




niedziela, 29 marca 2015

Piżamowe portki z zasłonki w kwiatki




Złapałam się na tym, że obmacuję największe spódnice i sukienki na wyprzedażach i szacuję czy starczyłoby materiału na bluzkę. Każda sposobność do znalezienia kawałka przyzwoitego materiału musi zostać wykorzystana. Jakoś mało ubraniowych materiałów jest tam gdzie zazwyczaj zaopatruję się w materiały. Przekonałam się o tym poszukując materiału na bluzkę z najnowszej burdy, którą właśnie dzisiaj skończyłam szyć. Okazuje się, że jeśli chce się kupić cokolwiek innego niż bawełnę to wybór jest niewielki. Odwiedziłam dwa sklepy w centrum Belfastu, ale zdaję się, że mieszkam w szyciowym zaścianku. Koleżanka dała mi namiary na sklep w Carrickfergus i chyba się tam wybiorę w przerwie świątecznej. Tymczasem szyję z tego co mogę kupić i z tego co mam. A mam na przykład parę zasłon, które dostałam jako dodatek do kupowanej pościeli w te same wzory. Normalnie to aż takie rozdawnictwo się nie zdarza, ale kilka lat temu trafiłam na likwidację sklepu Dekko w outlecie i tak się o te zasłony wzbogaciłam. Wisiały przez chwilę w naszej sypialni w poprzednim domu, ale odkąd się przeprowadziliśmy leżały w szafie. Z jednej uszyłam kiedyś pokrowiec na deskę do prasowania. Z drugiej, całkiem niedawno, portki od piżamy. 
Jako wykrój użyłam stare spodnie, które nadawały się do wyrzucenia. Po rozpruciu i rozprasowaniu miałam gotowy wykrój, wystarczyło tylko dodać zapasy na szwy (tamte były overlockowane, więc zapasy były zdecydowanie za małe). Dodałam też parę centymetrów u góry by móc zrobić pasek- rurkę do wpuszczenia paska (stare miały gumkę). Na szczęście kiedyś tam dawno szyłam spodnie i pamiętałam kolejność i szycie kroku. Wszystkie szwy są francuskie czyli mocne i mogę w tych portkach skakać po łóżku ile mi się tylko podoba. 
To są niewątpliwie moje ulubione obecnie spodnie do piżamy. Materiał stanowczo bardziej się nadaje na piżamę niż na zasłony. Z tego co zostało mogłabym sobie jeszcze uszyć do tych spodni górę, ale to jak będą mnie palce świerzbiły, a nie będę miała nic w szyciowej poczekalni. Na razie coś tam mam.
Uszyty dzisiaj top musi poczekać na sesję zdjęciową, chociaż jeszcze  się zastanawiam czy nadaje się do pokazania światu i do noszenia. W szafce leży granatowy materiał w nutki z którego powstanie top z najnowszej książki The Great British Sewing Bee. Poza tym jest kawałek tartanowej spódnicy do przerobienia na torbę. W planach mam też dwa patchworki dla dwóch nienarodzonych jeszcze brzdąców. I bardzo chcę sobie uszyć letnie spodnie. Czasu na razie trochę brak, no ale idą święta. Mam na nie szyciowe plany.


wtorek, 17 marca 2015

Burda 5/14 #131


Samo szycie tu ostatnio. Mam na tyłach głowy inne wpisy, ale coś nie mogę się do nich zabrać. A z szyciem prostsza sprawa, szyjesz, robisz zdjęcie i koniec wysiłku, myśleć bardzo nie trzeba. To znaczy bardzo trzeba, ale podczas szycia a nie robieniu posta. Z tym myśleniem jednak jest tak, że nie zawsze idzie ono na pełną parę w czasie szycia i potem wychodzą kwiatki. Kwiatki rosną również tam gdzie instrukcje niezbyt odpowiadają umiejętnościom. Ale od początku...

Nie zawsze kupuję Burdę, często przeglądam ją w sklepie i stwierdzam, że nic z niej nie uszyję nigdy. Zawsze ... Źle. Stop. Burdę tutaj można kupić dopiero od około roku. Od tamtej pory kupiłam pięć. Czyt. mniej więcej w co drugiej coś tam mi się podoba. Podoba to też złe słowo, może inaczej: myślę, że byłabym w stanie coś z tego uszyć i nadawałoby się to do chodzenia. Od kupienia do faktycznego uszycia jednak potrafi być bardzo daleko. Dopiero teraz uszyłam swoją pierwszą burdową rzecz.

Nie jest to jednak faktycznie pierwsza rzecz, którą uszyłam z burdy. Uszyłam już kilka, ale to było 17 lat temu. Zapomniała jaka to zabawa z odszukiwaniem elementów na bluprincie, odrysowywaniem, dodawaniem zapasów na szwy. Nie pamiętałam też że instrukcje takie lakoniczne. A może i wtedy nie były? Lakoniczne to złe słowo, niektórych, zapewne oczywistości, po prostu brak. Nie ma co jednak narzekać, bluzka jest.

Wygląda  na mnie tak:


 Wstyd, ale nawet nie wiem co to za materiał. Kupiłam go bo podobał mi się wzór i wydawało mi się, że będzie grał z krojem. Z racji tego, że na górze są marszczenia i bluzka ma być obszerna, uszyłam rozmiar mniejszą niż powinnam. Jak widać i tak ma w bębnie luz. Totalnie pogubiłam się w obszyciu i zapęciu rękawa - bo pomiędzy pierwszym a drugim zdaniem w instrukcji obszywania w środku zabrakło eseju. Musiałam improwizować. To samo było z wykończeniem przedniej listwy. Grrr. Tu też improwizowałam, ale wyłączyło mi się pod sam koniec myślenie i dziurki na guziki zrobiłam poziome zamiast pionowych. Eh.

Jest zupełnie nadająca się do noszenia. Dekolt trochę za głęboki jak na mój gust, ale z czymś pod spodem wygląda ok. Pomyślałam o tym (naprawdę zwolniłam obroty) dopiero po zrobieniu zdjęcia, więc na nim stójka trochę przyklepana żeby nie świecić światu bielizną. To taka stójka z lekka przyklepucha tak czy inaczej.

Na pięknej modelce z Burdy bluzka wygląda jak na modelce.




Takiś jakiś marudzący mi ten wpis wyszedł. To trochę dlatego, że jestem trochę z siebie zadowolona (o łał, uszyłam bluzkę i to ze śliskiego materiału, z karczkiem, marszczeniami i innymi bajerami), a z drugiej strony zajęło mi dwa dni uszycie bluzczyny... dwa dni! W dodatku nie jest perfekcyjna, tam uciekło, to nie równo ... eee, co tam będę wszystkie błędy wyliczać.
Ja to bym chciała, żeby wszystko było perfect. Od razu. Jak nie jest to mi siada na humor. Ale nic tam nic. Nadaje się do noszenia. Zakładam ją jutro do pracy.

niedziela, 1 marca 2015

Piotruś Pan. Bluzka.


Na Wyspach BBC emituje trzecią edycję The Great British Sewing Bee. Oglądam i czekam na każdy czwartek, na każdy nowy odcinek. Za tydzień pół finał. Już. Niedługo program się skończy *szloch*. Na rynku ukazała się właśnie książka towarzysząca trzeciej edycji, jeszcze jej nie mam (ba! drugiej też jeszcze nie mam), co mi przypomniało o tym, że mam książkę towarzyszącą pierwszej. Wadą tej książki w porównaniu do późniejszych jest to, że nie zawiera wykrojów. Wykroje można ściągnąć za darmo ze strony wydawnictwa (oto link), ale drukowanie ich i późniejsze sklejanie do kupy jest lekko czaso i nerwo chłonne. Dla upartej i zdeterminowanej kobiety, której o dziewiątej wieczorem zachciewa się szyc nie jest to jednak przeszkoda.

Dopiero w sumie teraz zwróciłam uwagę na bluzkę z kołnierzykiem a la Piotruś Pan.




 Ładna, nie? Nie wiem dlaczego wcześniej mi umknęła, bo przecież bluzki z okrągłymi kontrastującymi kołnierzykami bardzo lubię. Może po prostu brakowało mi pomysłu na to z czego ją uszyc kiedy ją kupiłam?  Dwa lata później a ja w szufladzie mam metr flaneli w kratkę, którą kupiłam z myślą o pikowanej torebce. Torebką ona już nie będzie bo od kiedy mam kawałek wełny - pozostałość po długiej spódnicy z poprzedniego posta - została ona uwolniona do innych projektów. Według książki potrzebny był kawałek 1.6 m długości na 1.4 szerokości. Ja miałam tylko metr, ale za to 1.6 szerokości. Stwierdziłam, że posklejam wzór i zobaczę czy da się zrobić tę bluzkę. Dało się i jeszcze całkiem sporo materiału mi zostało. Jednak gdybym szyła w rozmiarze większym byłoby krucho. Kołnierzyk zrobiłam z nogawki białych lnianych spodni, które się lekko wyświechtały w górnych partiach. Cieszę się, że kiedyś postanowiłam wrzucić je do worka z przydasiami.
Zaletą wykroju jest to, że nie ma żadnych zaszewek, zamków ani guzików. Wszystkie szwy są kryte (francuskie) i jedynym trudnym (dla mnie, niekoniecznie obiektywnie) elementem był sam kołnierzyk. Kiedyś pokazywałam na blogu bluzkę, którą szyłam z tej samej książki i z tego co pamiętam narzekałam na instrukcje. Te były jaśniejsze, ale nie idealne. Brakuje oznaczenia jak przyszywać rękawy i zupełnie niejasne jest wyjaśnienie wykończenia obszycia  otworu na głowę. Ta niejasność zbiła mnie z tropu o pierwszej rano kiedy kończyłam bluzkę. Poradziłam sobie, j a k o ś.

Wyszła tak:


Jestem całkiem z siebie zadowolona. Kołnierzyk nie wyszedł na zdjęciu równy, ale jest równy. Na zdjęciu też widać, że może brak zaszewek jest zaletą gdy się szyje, ale tak naprawdę to by się przydały żeby człowiek nie wyglądał jak beczułka. Nie ma co marudzić, przez to, że nie ma żadnych zapięć i zamków byłam w stanie ją uszyc za jednym posiedzeniem. Jest więc super!

środa, 18 lutego 2015

Nowe życie spódnicy z odzysku cz.1

Poszukiwałam przez chwilę fajnej wełny do uszycia torebki. Okazało się, że wełna jest bardzo łatwa do znalezienie, niestety bardzo kosztowna. Gdybym wiedziała, że torebka mi wyjdzie to może pokusiłabym się o kupno czegoś bajeranckiego, ale wiedzieć tego się nie da. Miałam zrezygnować z pomysłu, ale będąc w centrum Belfastu weszłam sobie do sklepu charytatywnego. No i takie coś upolowałam:



Widzicie cenę? Całe dwa funty i pięcdziesiąt pensów. Na oko metr na półtora wełny za 2.50! Metr w sklepie kosztuje ponad 30 funtów. Takiej okazji się nie przepuszcza! Miała być przede wszystkim torebka, ale jak Madzia zobaczyła mój zakup to jej się zapragnęło takiej spódnicy tylko oczywiście krótszej. No czy mogłam tupnąć nogą i powiedzieć, że to na torebkę? Naturalnie, nie. Spódnica była niesamowicie wąska w pasie, za wąska nawet na moje chude dziecię. Oprócz skrócenia spódnica wymagała też szerszego paska. Gdybym miała szyć go od podstaw musiałabym zużyć odcięty materiał, a tego nie chciałam robić, okazało się jednak, że wystarczy zwęzić pasek przez odcięcie tego co ma być w pasie i zostawienie tego co ma być w biodrach jako paska.
Od odcinania zaczęłam. Najpierw zaznaczyłam sobie z centymetrem i nitką w ręce gdzie uciąć szytą po skosie górę, dół nie wymagał większego mierzenia - cięłam nożem obrotowym z linijką odmierzając odległość do najbliższej kratki.
Po obcięciu wyglądała tak:



Pasek był przyprasowany do klejącej flizeliny i nic się z nim nie działo, ale dół zaczął się od razu strzępić zaczęłam więc szycie od złapania dołu zygzakiem (no nie mam overlocka!). Potem wycięłam z innego materiału pasek do odszycia paska spódnicy. 


Z jednej strony złapałam zygzakiem (tą stornę zszywałam z górą paska), z drugiej oprócz tego podwinęłam i przeszyłam, tak aby po wykończeniu nie było zygzaka widać. 


Potem przyszpiliłam do góry paska, prawa strona do prawej, goły zygzak do niewykończonej góry paska (ale przyflizelinowanej więc nic się nie dzieje).


Przyszyłam oszycie do paska, rozprasowałam szwy i wywróciłam odszycie do środka i znów przyszpiliłam. 


Przycięłam wystający kawałek paska.


 I podwinęłam do środka.


Przeszyłam górę.


Dół spódnicy podwinęłam i przyszyłam ręcznie w miarę niewidocznym ściegiem.



Na modelce i właścicielce spódnica wygląda tak:




Po uszyciu spódnicy został mi kawałek 160x30 cm. Całkiem sporo. Na torebkę wystarczy, będzie więc cz.2 nowego życia spódnicy z odzysku!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...