wtorek, 19 sierpnia 2014

Jak uszyc kosmetyczkę? Tutorial.



No możnaby powiedziec, że prowadzi ślepy kulawego ... Ledwo sama się nauczyłam jak je szyc, a już się tą wiedzą chcę dzielic. Tak mam, zawodowo powiedziałabym.
Wpis dedykuję mojej siostrze, której bardzo nieudolnie usiłowałam to wytłumaczyc bez żadnych rekwizytów. Nie poszło mi. Odwołuję się więc teraz do pomocy naukowych. Starałam się robic zdjęcia momentów w których sama się gubiłam patrząc na tutoriale na których się uczyłam.

Zapraszam.

Moja kosmetyczka nie będzie służyła mi jako kosmetyczka dlatego chciałam żeby była miękka. Nie jest więc w żaden sposób usztywniona. Jeśli chcecie żeby wasza kosmetyczka była sztywna, przyprasujcie jednostronnie klejącą flizelinę do lewej strony prostokątów, które mają byc zewnętrzną warstwą kosmetyczki.

Jak widac na poprzednim zdjęciu wierzch jest blado-zielony, podszewka jest fioletowa, a wykończenia przy zamku są błękitne. Mam nadzieje, że będziecie w stanie śledzic na zdjęciach co jest wierzchem, co podszewką, co prawą, a co lewą stroną. Kosmetyczka może miec, naturalnie, dowolne wymiary, może byc długa i płytka, wąska i głeboka, nie ma to znaczenia. Przy krojeniu materiału na kosmatyczkę ważne jest żeby pamiętac o tym, że bok do którego przyszyty będzie zamek był od niego o 1,5-2cm dłuższy. Reszta jest w sumie dowolna. Moja gotowa już kosmetyczka ma około 23 długości i jest (stojąc) glęboka na około 15 cm.

 Do uszycia kosmetyczki tego rozmiaru potrzebujesz:
zamek błyskawiczny YKK 20 cm (20 cm to długośc samego zapięcia, zapas taśmy wydłuża go o około 3cm)
4 prostokąty 25x20 cm: dwa zielone na wierzch i dwa fioletowe na podszewkę
2 prostokąty z błękitnego materiału 7x3 cm na wykończenie zamka
przybory do szycia


Małe prostokąty złóż w poprzek na pół i zaprasuj, potem do wewnątrz złóż jeszcze po 1 cm materiału i też zaprasuj.


W tak powstałe zakładki wsuń końcówki zamka.


Zakładki przyfastryguj do zamka. Tak przygotowany zamek  połóż na pierwszym kawałku podszewki, przy górnej krawędzi. Podszewka prawą stroną do góry, zamek suwakiem do góry. Zapas materiału (podszewki) poobu stronach powinien byc taki sam.


Na podszewce i zamku połóż pierwszy kawałek wierzchniego materiału lewą stroną do góry. Dopasuj dokładnie do górnej krawędzi i przyfastryguj.


Podszewkę, zamek i wierzch przyszyj używając stopki do zamków około 1/2 cm od krawędzi.

Dobrze jest przed szyciem przesunąc suwak tak by nie znajdował się na samym początku. Kiedy będziesz kilka centymetrów przed nim zatrzymaj maszynę (igła musi byc do dołu, wbita w materiał!) podnieś stopkę i przesuń suwak do tyłu, tam gdzie materiał jest już zszyty.


Po rozłożeniu powinnaś otrzymac coś takiego:


Przełóż oba prostokąty na jedną stronę i rozprasuj materiał przy zamku. Mam nadzieję, że na poniższym zdjęciu widac już zalążek kosmetyczki? Jest już jej pół. Czas na drugą stronę. Ale zanim zajmiesz się drugą połową zepnij podszewkę i wierzch pierwszej szpilkami niedaleko od zamka.


Powtarzamy proses przyszywania do zamka po drugiej stronie. Na prawą stronę podszewki kładziemy zamek suwakiem do góry, a na to wierzch lewą stroną do góry. Różniza jest taka, że do zamka mamy już przyszyty jeden bok kosmetyczki. Poniższe zdjęcie pokazuje kolejne warstwy.


Ważne jest żeby stare i nowe warstwy były dopasowane po bokach (tu brakuje wierzchniej warstwy, ale z nią nie widac dopasowania.) Kiedy wszystko dopasujesz zafastryguj, przyszyj (pamiętając o myku z suwakiem), zaprasuj i przyszpil.

Po przyszyciu wszystkiego tak powinna wyglądac wierzchnia strona:


A tak podszewkowa:

Przestębnuj warstwy przy krawędzi.


Do tej pory nie ważne było czy samek jest otwarty czy zamknięty, teraz musisz go otworzyc. Jeśli tego nie zrobisz czeka cię albo niezła gimnastyka albo prucie.


Złóż warstwy prawymi stronami: wierzch do wierzchu, podszewka do podszewki.


Zepnij szpilkami zaznaczając sobie otwór u dołu podszewki, którego nie zszywasz.


Zszyj nie zapominając zostawic otworu.

 Jeśli chcesz żeby twoja kosmetyczka była prostokątem możesz już ją przewrócic na prawą stronę (zdjęcie 24) i wykończyc. Jeśli chcesz żeby miała denko to z każdym rogiem będziesz musiała powtórzyc następujące kroki: Chwyc róg tak jakbyś chciała otworzyc paczkę czipsów, tak aby powstał nowy róg z bocznym i dolnym szwem przesuniętym na przód i tył rogu (Uff! mam nadzieję, że to widac!).


Dopasuj dokładnie szew z przodu i z tyłu tak aby były w jednej linii, przyszpil i zaznacz linię po której będziesz szyła. Ja zrobiłam sobie  szablon (trójkąt prostokątny, równoramienny o boku 5 i 1/2 cm), który pomógł mi w tym, żeby wszystkie rogi były identyczne. Warto narysowac sobie na szablonie wysokośc, która będzie w lini prostej ze szwem przebiegającym przez środek rogu - taka kontrola tego czy wszystko równe.


Przeszyj i odetnij rogi.


Powinno byc tak:

Przewróc kosmetyczkę na prawą stronę.


Prawie gotowe, została tylko dziura.


Przeszyj otwór po wierzchu zakładając materiał do środka.


Włóż podszewkę do środka i gotowe.


Powodzenia!
Gdyby znalazła się jakaś śmiałkini szyjąca według tego tutoriala to koniecznie proszę o feedback!

sobota, 21 czerwca 2014

Kosmetyczki



Szycia prezentów ciąg dalszy. Tym razem są to kosmetyczki dla asystentek w klasie którą uczę w piątki. Chyba nie dałabym rady trzydziestce siedmiolatków bez nich!
Kosmetyczki są takie same wymiarowo, ale każda ma swój styl, tak samo jak przyszłe właścicielki.







wtorek, 17 czerwca 2014

Moja pierwsza Tilda



Za tydzień z hakiem koniec roku szkolnego i moje młodsze dziecko kończy podstawówkę. Czas na zorganizowanie się z prezentami! W tym roku je szyję. Dla nauczycielki Piotrusia uszyłam Tildę - książkę o Tildach wraz z wykrojami napotkałam w bibliotece i postawiłam spróbować. Udała się chyba na tyle, że nadaje się na prezent? Chociaż nie odpuszczę sobie komentarza, że książka zrobiona tak, żeby ci absolutnie nie wyszło. Trzeba mieć jakąś minimalną wiedzę o szyciu i trochę wyobraźni, żeby móc olać to co w książce jest napisane!






 

 

czwartek, 29 maja 2014

Diet (English version)


So many people have asked me what I do to lose weight (I've lost 2 stone over the last nine months,) that I decided to do a post on it in English. You know guys I'm not a doctor or a dietician, these are just a few principles that I gathered together from different sources. If you know me personally you have probably heard me mention a book that inspired me to start losing weight. It was Escape the Diet Trap by John Briffa. His diet is in fact paleo. I don't do paleo, I'm not a cavewoman. His book, however, made me understand why I wasn't losing any weight before, going hungry and eating less than I do now. I do recommend the book. It's sitting on the shelves in your local library. 


If you're overweight there's a chance you're malnourished - eating the wrong kind of food (highly processed, poor in nutrients) makes it impossible for your body to function normally and maintain healthy weight.



In order to maintain healthy weight you must eat enough food containing all the necessary vitamins and nutrients that will enable your body to start processing the mountains of accumulated fat. 


To lose weight you must eat. Never, ever go hungry. You should eat something when you're slightly hungry, but don't allow your body to get to the starving point.


Starving yourself long term will have adverse effect. It does not matter how much you weigh, starvation is equally stressful for your brain.


Your brain needs good fats. If you don't provide it regularly your brain will stash it in your stomach, because that's where it takes it from when it's under stress (cortisol belly).


Forget calories. Do you really believe 300 kcal worth of carrots will have the same effect on your body as 300 kcal worth of KFC fries? Your body does not do maths. 'Calories consumed minus calories burnt equals calories stored as fat' is just a big fat lie.


The hormone that triggers fat gain is insulin. Its high levels activate enzymes responsible for changing sugar into fat. That's why you should restrict foods that cause your blood sugars to rise, e.g. sugar, sweets, bread, potatoes, pasta, rice, etc. They raise your blood sugar - insulin rises fast - you gain weight - sugars drop very low - you feel hungry and you shake - you have to eat something fast - you eat carbohydrates again and ... you're in vicious circle of overeating, starving and putting on weight. If your diet is permanently rich in carbohydrates you may develop insulin resistance. it means your body cells become immune to insulin and need much higher levels of it to respond to it. More eating, more hunger and even more weight gain.

Limit the simple carbohydrates you eat to one portion a day. I found it easiest to give up bread and save my carbs portion for dinner. It means I can still have my potatoes or pasta for dinner. Try to include a wider variety of carbohydrates, try something different: brown rice, wholemeal pasta, buckwheat, quinoa, etc.

Forget the NHS eat well plate and the balanced diet pyramid. They are so wrong. What should be at the bottom of the pyramid, or on the biggest chunk of the plate, are vegetables. Not fruit and vegetables. Vegetables.

Fruit has sugar, some fruit has loads of it. Limit fruit to 2, maximum 3 portions a day. Don't drink fruit juices, they are full of sugar. It takes three oranges to make a glass of orange juice. Would you eat three oranges? Local and seasonal are best, but apparently citrus fruit doesn't have much sugar. Bananas are for sharing, did you know that?

Don't eat anything that's labelled as 'light' - taking out fat means they had to put things in to make it taste of something. Usually sugar and other bad stuff

Read labels. Avoid anything with added sweeteners and glucose-fructose syrup. Not to mention all those Es.

Fat. I use butter for cooking, cold pressed oils for salads, lard, clarified butter and coconut oil for frying. Margarine and vegetable oil ... forget them ... or even better read about how they're made and what they really are. Avoid trans fat (hydrogenated fats).

Avoid processed food and ready meals. 

Snack on nuts and seeds.

Meat, fish and eggs are fine.

When you start the most important thing is not to get hungry at all. I carried pumpkin and sunflower seeds with me everywhere. Surprisingly, after just a couple of days I stopped craving sugary stuff. Keeping blood sugar at more or less the same level means you don't have the sugar dips.

So what do I eat?

For breakfast I usually have Greek yoghurt with chopped fruit and toasted linseed. Sometimes it's eggs or quark, or salmon. Yoghurt is still my favourite. I usually add a teaspoonful of cinnamon to it - it helps to control blood sugar and I just love it.

I have a piece of fruit and some nuts for break.

For lunch at work I always have a salad. At the weekends it may be soup, or sausages, or a warm salad.

Dinner as usual. I aim to cover half of my plate with veg (2 kinds most of the time), the rest of it is for meat and carbs.

 If I'm peckish in between I have some more nuts, fruit, or a piece of cheese. I also snack on dark chocolate (85%).

I drink a lot of green tea and add chilli to whatever I can - they are powerful weight loss boosters.

 

 

niedziela, 25 maja 2014

Projekt denko 3






To będzie bardzo pozytywne denko.


1.Super Facialist Neroli Cleanser. Neroli to olejek uzyskiwany z kwiatów gorzkich pomarańczy. produkty Uny Brennan z tej serii mają być ujędrniające. Jest to żel do demakijażu i oczyszczania. Ma w składnie mnóstwo różnych olejków i kwas hialuronowy więc może oprócz oczyszczania ma jeszcze jakieś inne pozytywne działanie ale przede wszystkim dobrze oczyszcza, chociaż tak jak pisałam przy okazji któregoś wcześniejszego denka, nie używam produktów wodoodpornych więc na temat tego jak sobie poradzi z hardcorowymi mascarami nie będę się wypowiadała. Dla mnie wszelkie produkty marketingowane jako ujędrniające są po prostu ściągające ... dla lekko nie pierwszej jędrności skóry po trzydziestce to może i zaleta, ale ja tego żelu używam głównie wieczorem kiedy ten efekt ujędrnienia (no bo to jest tylko krótkotrwały a nie permanentny efekt) średnio mi potrzebny. Jedyną wadą tego żelu jest jego bardzo staroświecki zapach.

2. Tonik No7 Soft and Soothed kupiłam bo potrzebowałam bezalkoholowego toniku nawilżającego. Od jakiegoś czasu stosuję się do zasad pielęgnacji Caroline Hirons (patrz wpis), która poleca używanie dwóch toników: pierwszego kwasowego do przywrócenia kwaśnego ph skórze i drugiego nawilżającego w sprayu, jako pierwszego etapu nawilżania. Soft and Soothed jako tonik w sprayu mi służy. Na początku nakładałam go wacikiem (bo jak widzicie sprayem to on nie jest), ale skóra była po nim lepka i nie lubiłam go. W Bootsie na stoisku z przyborami podróżnymi znalazłam jednak buteleczkę z atomizerem i do niej przelałam sobie ten tonik. Zupełnie zmieniło to odbiór toniku przez moją skórę. Jako tonik w sprayu jest bardzo sympatyczny, odświeża, nawilża, budzi skórę. Bardzo go teraz lubię chociaż nie pobiegnę do Bootsa po następny. Dopiero zaczynam swoją przygodę z pryskaniem toników na twarz i chcę wypróbować więcej toników żeby zobaczyć co mi naprawdę odpowiada.  

3. Hydraluron Indeed Laboratories. Ten produkt zasługuje na wszystkie fanfary rozbrzmiewające na jego cześć. Hydraluron to żel/serum zawierające duże ilości kwasu hialuronowego, który ma zdolność wiązania wody w skórze i ... to właśnie robi. Do przesuszonej lub odwodnionej skóry idealny. Stosuję go rano po spryskaniu twarzy tonikiem i po nałożeniu kremu pod oczy. Po nim nakładam krem nawilżający. Och i ach. Zostało mi go jeszcze na kilka dni. Na pewno potruchtam po niego do sklepu i to szybko.

4. Clarins Daily Energizer. Wspominałam o nim przy okazji pierwszego denka. Uwielbiam ten krem. Panie na stoisku Clarins zawsze mnie uprzejmie informują, że jest to krem dla młodej skóry (bezczelne!) od 13 roku życia. Ja im na to, że powinny go w takim razie wypróbować (milutka jestem). Przy tych wszystkich olejkach i serach, które używam naprawdę mogę sobie pozwolić na to żeby mój krem nawilżający był po prostu kremem nawilżającym. A ten lubię za lekkość, wchłanianie i zapach (grapefruitowy). Niby ma witaminę C, ale wątpię w jej trwałość w takim słoiczku.

5. Avene TriAcneal jest maścią przeciwtrądzikową. Nie mam trądziku, ale ten produkt to nie jest sobie taki o zwykły kremik przeciwtrądzikowy. Zawiera trzy kluczowe składniki: retinaldehyd, kwas glikolowy i Efectiose. Ten ostatni to składnik przeciwzapalny, kwas glikolowy działa złuszczająco, a retinaldehyd sprzyja odnowie komórkowej skóry, czyt. spowalnia jej starzenie się. Kupiłam ten krem właśnie ze względu na jego działanie przeciwzmarszczkowe. Trudno pod tym względem oceniać działanie produktu na przestrzeni roku (bo tak długo go właśnie mam), kto to wie jak wyglądałaby moja skóra gdybym go nie używała? Wydaje mi się, że to jednak ta maść jest głównym kosmetykiem przyczyniającym się do poprawy stanu mojej skóry. Bo jeśli w wieku 37 lat mogę powiedzieć, że moja skóra wygląda lepiej teraz niż rok temu, to chyba to o czymś świadczy. Nie chodzi tu o mniejszą ilośc zmarszczek tylko ogólnie lepszą kondycję. Przede wszystkim Triacneal zlikwidował mi tą niewidoczną z zewnątrz, ale wyczywalną pod palcami tarkę po bokach brody i policzków. Wcześniej traktowałam te miejsca pilingami, ale to niewiele dawało.
Triacneal może powodować podrażnienia, nadmierne łuszczenie się skóry, czy chwilowe pogorszenie trądziku (że niby wyciąga zanieczyszczenia na zewnątrz), ale ja nie miałam jakiś większych z tym problemów. Przez pierwsze półtora tygodnia trochę mnie obrzucało i skóra delikatnie mi się łuszczyła, ale to minęło. Na początku stosowałam go co wieczór (na dzień nie wolno ze względu na słońce, a i tak stosując go na noc trzeba stosować w dzień krem z filtrem, bo retinaldehyd zwiększa wrażliwość skóry na słońce), ale kiedy skóra mi się zaczęła poprawiać zaczęłam go stosować raz, dwa razy w tygodniu. Czasem o nim zapominałam, ale jak mi tarka zaczynała wracać to szybko sobie przypominałam. Polecam poczytać/pooglądać  więcej o nim zanim zdecydujecie się kupić.        

6. Krem z The Body Shop na noc z witaminą E. Nie wiem dlaczego nigdy wcześniej nie kupiłam sobie kremu z TBS??? Ten krem jest genialny. Jest gęsty, bogaty, pięknie pachnie, skóra po nim się dobrze czuje i rano jest jeszcze nawilżona. Cud. Na fali tej nowej miłości kupiłam sobie jeszcze kilka innych kosmetyków z The Body Shop i jestem z nich również zadowolona.

7. Serum RevitaLift Laser Renew od L'Oreal. Co mnie podkusiło, żeby je kupić nie pamiętam. To serum jest napakowane silikonami i nabłyszczaczami (mieni się tak złoto-perłowo) i się z nim nie polubiłam. Polubiły się z nim za to wierzchy moich stóp - jak już trzeba było ściągnąć skarpety po zimie i wsadzić gołe stopy w pantofle to takie potraktowane serum wyglądają mniej odrażająco (niż poplamione samoopalaczem lub taki o sobie normalnie tylko naturalne). Nie zmarnuje się nic.    

poniedziałek, 19 maja 2014

Zygzaki dla Isly




Mojej koleżance z pracy urodziła się wnuczka. Mnie swędziały palce, więc zrobiłam dla Małej quilt. Miały być wiatraczki, ale kiedy miałam już pocięte kwadraty (do zrobienia trójkątów z których robi się wiatraczki) i zrobiłam jeden blok na próbę, zrezygnowałam z pomysłu na rzecz zygzaków.  Zależało mi na tym żeby cały quilt zrobić w weekend, a z wiatraczkami pewnie bujałabym się przez tydzień. Przez to, że tak się spieszyłam nie jest to najstaranniejsza praca na świecie, ale wiecie co? Nie ma to najmniejszego znaczenia. Quilt jest tylko dwuwarstwowy: zszyłam razem wierzch i mięciutki, cieplutki kocyk (moja córcia twierdzi, że powinien być różowy, ale ja uparłam się na szary, no i różowego nie było). Przez to quilt jest lekki i miękki, w sam raz dla dzidziusia. Mała Isla (czyt. ajla) na pewno nie będzie miała nic przeciwko nierównym szwom!




Quilt jest kwadratem o boku 90 cm, pikowałam go tylko po skosie w jedną stronę. Kocyk pod spodem miał swoje zalety, ale pikowanie go było koszmarem. Moja maszyna wariowała przy nim.


Obszycie zrobiłam z kawałków materiałów we wzorki, które użyłam do quiltu, nie jest więc jednolite. Jestem fanką kontrastujących spodów, różowy byłby dla mnie zbyt oczywisty.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Dieta.


Nie jestem lekarzem, ani dietetykiem, wszystko co tu piszę jest wypadkową własnego doświadczenia i tego co przeczytałam/obejrzałam. Proszę podejdźcie do tego odpowiednio.


To kłamliwy tytuł, nie ma żadnej diety. Diety nie działają. Nie znam nikogo kto schudłby trwale stosując czasowo ograniczoną dietę. Nie znam też nikogo z nadwagą komu udałoby się zrzucić wagę na siłowni. Owszem, kilku szczupłym osobom, które znam udało się tam poprawić rzeźbę. Ale schudnąć 20 kg? Znam natomiast bardzo dużo puszystych osób kręcących się po różnych kółkach odchudzających, wypluwających sobie serce na bootcampach by potem z depresji i żalu utonąć w paczce czipsów i własnych łzach przed telewizorem. Znam chudziachów niemożliwych obżerających się codziennie czekoladą i domowym ciastem i grubasów najpulchniejszych żyjących na głodowych racjach. Znam bardzo dużo niedożywionych, otyłych ludzi. Podejrzewam, że większość otyłych ludzi, których znam jest niedożywiona.

Sama systematycznie i bardzo powoli przybierałam na wadze odżywiając się w dosyć racjonalny sposób. Nie jadłam słodyczy, ani fast foodów. Jadłam jedzenie gotowane w domu, zwracałam baczną uwagę na to co jest i czego nie ma na etykietach. Jadłam stosunkowo mało. I wciąż powoli tyłam.
Dlaczego???

Na początku lata pojechaliśmy do Portugalii. Pierwszego dnia na śniadaniu w hotelowej restauracji patrzyłam jak mój szczupły mąż ładuje sobie na talerz słodkie bułki i wszystkie te rzeczy, których ja nie jadałam bo przecież tuczące. Powiedziałam sobie dość. Nie można wciąż tak obsesyjnie myśleć o wadze. Trzeba jeść normalnie i w końcu zaakceptować siebie z tym parę kilo więcej. Tak się zaakceptowałam i wyluzowałam, że jadłam to co on, chociaż może nie tyle co on. To samo zrobiłam podczas późniejszego pobytu w Polsce. Efekt był opłakany. Pod koniec wakacji ważyłam ładne parę kilo więcej niż przed. Tylko usiąść i płakać.

Wtedy wpadło mi w ręce kilka tekstów, które naprowadziły mnie na to co okazało się być dla mnie właściwym tropem. W pierwszym tygodniu września zmieniłam swoją dietę. Nie, nie przeszłam na tymczasową dietę, zmieniłam sposób odżywiania, na zawsze. Na początku chudłam systematycznie pół kilograma tygodniowo, później, kiedy byłam już coraz bliżej tego co uważam za wagę dla siebie optymalną (nie wymarzoną) wszystko zwolniło i się ustabilizowało. Co w sumie jest dobrym znakiem, bo przecież nie o to chodzi żeby chudnąc w nieskończoność. Wygląd anorektyczki nie jest celem, celem jest zdrowy wygląd i równowaga. Od września do dzisiaj schudłam12 i pół kilograma.

Trzy paragrafy za mną a tu ani słowa o tym co i jak, a jeśli to czytacie to jest to rzecz, która pewnie interesuje was najbardziej. Jednak nie spodziewajcie się jadłospisu, bardziej niż jadłospis ważniejsze jest zrozumienie tego dlaczego się tyje/nie chudnie. A to może najlepiej zrobić w podpunktach, co? Muszę jednak zrobić to z mojego osobistego punktu widzenia, bo to o czym musicie pamiętać czytając je to to, że KAŻDY CZŁOWIEK JEST INNY. 

1. W końcu zrozumiałam, że liczenie kalorii nie ma sensu. To nie jest prawda, że kaloria to kaloria. Kaloria z pączka nie równa się kalorii z marchewki. Nie i już. Przez lata słyszałam, że tyje się dlatego, że zjada się więcej kalorii niż się spala, to co zostaje niespalone zamienia się w tłuszcz. To jest kłamstwo, które wpędziło współczesne społeczeństwo w kaloryczną histerię. Czy jeśli zjem 500 dodatkowych kalorii w postaci warzyw to moje ciało potraktuje je tak samo jak 500 kalorii pochodzących z francuskich rogalików? Nie będzie miało znaczenia to jak szybko te kalorie trafią do komórek? ile tych kalorii tam w końcu w procesie trawienia trafi? jakimi składnikami odżywczymi są poparte? Na każdego będzie to 500 kcal miało taki sam efekt? Nasze ciało nie działa na matematycznych zasadach. Kiedy byłam studentką potrafiłam sama na obiad zjeść paczkę makaronu, objadać się bułkami i czekoladą, a jednak byłam szczupła. Moja niezbyt szczupła siostra jadła o wiele mniej niż ja, a jednak nie była szczupła (sorry sis). Wcale nie miałam więcej ruchu od niej ani lepszej diety. Nasze ciała po prostu radziły sobie z jedzeniem inaczej. Kalorycznie jadłam o wiele więcej, ale moje ciało z tymi kaloriami radziło sobie o wiele lepiej niż jej ciało z mniejszą ilością kalorii. Jaki jest więc jest sens liczenia kalorii skoro ich liczenie w niczym nie pomaga?

2. Największym wrogiem kogoś kto się odchudza jest głód. W samolocie w drodze do domu z wakacji zdarzyło mi się przeczytać artykuł w pewnym popularno naukowym czasopiśmie o tym jak nasz mózg reaguje na głód. Nie mam go już i nie jestem w stanie nic mądrego tu przytoczyć, ale pamiętam, że mnie powalił. Zapamiętałam to, że mózg odczuwa głód (głodzenie się, a nie głód przed posiłkiem) jako ogromny stres. Mózg osoby otyłej głodzącej się odczuwa taki sam stres jak mózg osoby niedożywionej, której grozi śmierć głodowa. Co więcej mózg z obawy przed brakiem pożywienia dla siebie samego (głównie tłuszczy, jeśli nie są one regularnie dostarczane) stymuluje magazynowanie tłuszczu w brzuchu (tzw. brzuch kortyzolowy, wynikający z tego, że mózg kiedy odczuwa jakikolwiek stres- nie tylko z powodu głodu- stamtąd najpierw czerpie pokarm). Głodowanie oznacza stres, brak równowagi hormonalnej, apatię i zmęczenie i w żaden sposób nie pomaga, jeśli wręcz nie przeszkadza w tym żeby chudnąć. 

3. Skoro nasze ciało jest organizmem a nie jest maszynką do której wrzuca się kalorie jak monety do automatu; skoro zachodzą w nim procesy o których wiemy i takie o których wciąż nie wiemy to to ciało potrzebuje paliwa do tego by prawidłowo funkcjonować. Proces spalania tłuszczy nie polega na tym, że w każdej komóreczce jest postać z Było Sobie Życie, która łopatą szufluje tłuszcz do pieca. Do tego potrzebne są pewne składniki odżywcze, witaminy i mikroelementy, które ciału trzeba dostarczyć w postaci jedzenia. Żeby schudnąć musisz jeść dużo wartościowych dla organizmu rzeczy. Żeby schudnąć musiałam zacząć jeść. Musiałam zacząć jeść, ale oczywiste było, że inaczej. 

4. Oczywiste wydało mi się też to, że moje ciało w pewnym momencie przestało funkcjonować prawidłowo. Czasy kiedy bez problemu radziło sobie z tonami jedzenia i byłam szczupła minęły, moje ciało przestało sobie radzić z o wiele mniejszymi porcjami. Coś w środku było nie tak. Z jakiegoś powodu utraciło swoją równowagę. Jedną z książek którą przeczytałam była książka John'a Briffa Escape the Diet Trap (w dosłownym tłumaczeniu: ucieknij z pułapki diet), która  jako przyczynę braku sukcesu w odchudzaniu i ciągłego tycia podaje insulinoodporność.
Sam proces jest trochę złożony i bardzo chemiczny, kiedy czytam jego opis to go rozumiem, ale tak żeby własnymi słowami tu napisać, bez przepisywania to nie.  W uproszczeniu rozumiem go tak: insulina, oprócz tego, że przekazuje glukozę z krwi do komórek powoduje uaktywnienie enzymów odpowiedzialnych na odkładanie się tłuszczu. Normalnie funkcjonujący, zdrowy, dobrze odżywiony organizm sobie z tym radzi. Tu odłoży, tu spali, zachowa równowagę.
Jednak może zdarzyć się tak, że w wyniku złej, zbyt bogatej w węglowodany diety ta równowaga zostanie zachwiana. Jeśli stale jemy pokarmy znacznie podnoszące poziom cukru we krwi to nie dość, że nasze ciało musi stale podrukować dużo insuliny (przez co rośnie powłoka tłuszczowa) to jej częsta intensywna aktywność sprawia, że komórki stają się na nią odporne i ciało musi jej wyprodukować jeszcze więcej by komórki w końcu ją rozpoznały. Cukier wówczas gwałtownie spada, co powoduje, że aż trzęsiemy się z głodu i pochłaniamy kolejną wysoko węglowodanową porcję po to żeby przestać się trząść. Ciało dostaje porcję cukru, uwalnia insulinę, dużo insuliny i tak ciągle. To zamknięte koło powoduje tycie i ma negatywny wpływ na pracę mózgu, koncentrację i samopoczucie. To też równia pochyła do cukrzycy. Mój dziadek miał cukrzycę drugiego typu i sama miałam cukrzycę w ciąży. Gdybym mieszkała w Polsce poszłabym na badania, tu nie miałam takiej możliwości bez przechodzenia cyrku. Zrobiłam sobie więc krótki test objawowy. Zacytuję go tu (Z książki Natural Power Foods Catherine Bailey), w moim tłumaczeniu.

 Na liście poniżej zaznacz te symptomy i nawyki, które dotyczą ciebie na co dzień:

zmęczenie
drażliwość/przyćmiony umysł
apetyt na słodkości, słodkie napoje i węglowodany
potrzeba kofeiny i/lub papierosa
potrzeba ciągłego podjadania
chwile słabszego nastroju/koncentracji/pamięci
trudności w podejmowaniu decyzji
zawroty głowy/omdlenia/trzęsienie się z głodu
pocenie się bez przyczyny
problemy z zaśnięciem/budzenie się w nocy
bóle głowy/palpitacje
regularne pomijanie śniadania lub innego posiłku
zmiany nastroju
problemy ze wstawaniem
utrata  energii

Według autorki zaznaczenie choćby sześciu z powyższych może świadczyć o insulinoodporności. Ja zaznaczyłam wszystkie. Ciężko mi było uwierzyć, że te wszystkie moje 'problemy' mogły wynikać z nieprawidłowej diety. Okazało się, że mogły. Po tylu miesiącach jedzenia inaczej zaznaczyłabym może jedną rzecz.

5.Na czym polega to moje nowe jedzenie?

-Zmniejszyłam bardzo ilość zjadanych przeze mnie węglowodanów (oj, węglowodany są obecne też w warzywach, wiecie, że chodzi mi o chleb, makaron, ryż, itp.). Prawda jest taka, że moje ciało nie potrzebuje ich tak dużo jak ich dostawał, a tym bardziej nie aż taki ogrom jak zaleca NHS (brytyjska służba zdrowia). Nie leżą u podstawy mojej piramidy żywienia- tam znajdują się warzywa. W praktyce oznacza to dla mnie obcięcie węglowodanów do jednej porcji dziennie, którą jem do obiadu. Staram się żeby były różnorodne, a nie ryż, makaron i ziemniaki w kółko. Właściwie nie jem chleba, zaskakująco łatwo przyszło mi zrezygnowanie z niego, a jego odstawienie miało natychmiastowe pozytywne skutki. Widzicie, ja co wieczór wyglądałam jak kobieta w zaawansowanej ciąży i nie zdawałam sobie sprawy z tego, że winnym mego odmiennego stanu jest chleb. Skończył się chleb, skończyła się urojona ciąża. Podobnych reakcji nie mam po domowym chlebie/pizzy, ale nie mogłam piec chleba w piekarniku, który właśnie w przeddzień świąt dokończył żywota. Teraz mogę go piec więc może będę go jadła, ale raz dziennie i jedną porcję.
- Jem dużo warzyw. Codziennie na lunch biorę do pracy sałatkę. Raz taką, raz owaką, ale codziennie ją jem. Podczas obiadu staram się aby to właśnie warzywa pokrywały większość mojego talerza. Dbam o rozmaitość.
 - Jeśli chodzi o owoce to staram się z nimi nie przesadzać. Jem dwie, trzy porcje dziennie. Nie piję soków owocowych.
- Piję przede wszystkim wodę i zieloną herbatę. Od kawy zaczynam dzień, ale piję tylko jedną. Czarna herbata ostatnio nie przechodzi mi przez gardło, jak mam dość zielonej to piję owocowe lub ziołowe napary. Jeśli chodzi o alkohol, to w sumie piję tylko czerwone wino. Od białego i piwa puchnę!
-Nie unikam tłuszczu. Nigdy nie kupuję niczego z jego obniżoną zawartością. Używam masło, oliwę z oliwek, inne tłoczone na zimno oliwy (do sałatek), smażę na smalcu i maśle klarowanym. Nigdy nie stosuję olejów ratyfikowanych i margaryn.
- Przez to, że nie jem chleba jem o wiele mniej serów twardych i wędlin. Właściwie to z wędlin jadam tylko szynki typu Parma i Serrano jako dodatek do sałatek. To samo jest z serami, chociaż czasem podkradnę plasterek z lodówki to sery jem głównie owcze i kozie w sałatkach. Z nabiału jem także masło i jogurt grecki (na śniadanie z owocami i prażonym siemieniem lnianym na przykład), do mojej porannej kawy dodaję chlapkę mleka. Czasem do gotowania dodaję kapkę śmietany. Twaróg też się zdarza.
- Jako przekąski jem orzechy, migdały i nasiona. Oraz ... czekoladę. Chociaż to ostatnie może zdziwić, to muszę dodać, że nie często i tylko 85%.
- Mięsa jem różne, chociaż o to żebyśmy jedli więcej ryb toczę boje, Ciężki temat.
-Jajka? O tak!

Nie jem: fast foodów, słodyczy (poza ciemną czekoladą i od czasu do czasu małej porcji domowego ciasta), rzeczy wysoko przetworzonych, gotowych posiłków ze sklepu.

Czy ćwiczę? Nie. Nie żebym była z tego dumna, uważam, że ruch jest niezbędny dla zdrowia, ale nie oznacza on uprawiania sportów wyczynowych. Pójście z dziećmi na plażę, pogranie w piłkę, przechadzka po górach czy praca w ogrodzie wystarczą. Lubię się ruszać, ale jestem zwierzęciem ciepłolubnym i w zimowe dni było mi ciężko wystawić głowę za drzwi. Brak dobrych nawyków, niestety. Gdyby mnie mąż nie ciągał po okolicy to kiepsko by u mnie z ruchem było. Chociaż teraz kiedy jestem o wiele szczuplejsza jest mi o wiele łatwiej wyjść z domu, założyć biegówki i pościgac się z dziećmi po wydmach. Nie dźwigam ze sobą kilogramów nadbagażu.

Nie jestem w stanie przekazać wszystkiego w jednym wpisie, bo jest tyle aspektów 'diety' tego co i dlaczego i kiedy, że nie bardzo potrafię zorganizować je w postaci wpisu.

Pomimo, że jest to długi wpis to jednak jest to skrót telegraficzny. Pozwolę sobie podopisywać mnóstwo PSów w miarę jak mi będą myśli do głowy przychodziły.