poniedziałek, 25 maja 2015

Zakamuflowane worki dla A & K


Spódniczka uszyta dla siostrzenicy dalej wisi na wieszaku (tylko nie w ogrodzie) jeszcze nie wysłana. Stwierdziłam, że łyso tak wysyłać jej prezent, a jej braciom nie. Nie czuję się na siłach by chłopakom szyć ubrania, więc uszyłam worki. Worek zawsze się przyda, jak się spodoba to można nosić do szkoły, jak nie to wypakować klamotami i wrzucić pod łóżko. 






Uszyte są z dość grubej bawełny z dodatkiem stretchu, są dosyć sztywne, mam nadzieję, że się lekko wyrobią. Sznurki kupiłam w sklepie z zasłonami - nie mam pojęcia jakie mają zastosowanie.






Literki wydrukowałam, przyszpiliłam i obszyłam - trzy razy wokół i mało precyzyjnie, żeby trochę ująć z wojskowości worków. Może akurat chłopcom wojskowość odpowiada, ale je chciałam, żeby worki były cool a nie jak z demobilu.

Mam nadzieję, że chłopaki nie uznają ich za obciachowe!!!

sobota, 16 maja 2015

Muzyczna spódnica - burda 10/14#106

Niektórzy wiedzą, niektórzy nie, ale prywtnie jestem siostrą Katarzyny H. prowadzącą bloga Życie Motyla. Kto kiedykolwiek był na jej blogu ten wie, że strasznie zdolna to bestia. Strasznie. Napawa mnie dumą i wpędza w kompleksy. Unikam robienia tego samego co ona lub tak jak ona, żeby nie popaść w depresję. Obie szyjemy, na szczęście ona bardziej torby, ja ubrania. Jak ona się weźmie za ubrania to będzie tu popłoch ... Tymczasem kobita na szczęście zajęta dzierganiem sutaszowych cudek, tymczasem ... No to skoro ona na szmatki na razie nie ma czasu  - ja machnęłam kieckę w nutki dla jej muzycznie uzdolnionej córki. Spódnica szyta na odległość, według zdjętej przez Kasię miary.  Miarę porównałam z tabelą z Burdy i użyłam wykroju 106 z października 2014.

Wygląda tak. Nie jest taka nierówna - wiatr hulał kiedy robiłam zdjęcia.


 Spódnica ma kieszenie.


 Tył, również roztańczony na wszystkie strony przez wiatr.


Pasek w Burdzie był bardzo wąski, ja go poszerzyłam, wykończyłam satynową taśmą i podszyłam ręcznie.


Jedyną trudnością w szyciu tej spódnicy było złożenie plisek. Nie było to trudne, ale było to coś co robiłam pierwszy raz. Jestem więc jedno doświadczenie krawieckie do przodu. Utwierdziłam się też w przekonaniu, że potrzebuję stopkę do krytych zamków.

Mam nadzieję,  mojej siostrzenicy spódnica się spodoba, że będzie dobra i że się nie rozpadnie przy pierwszym założeniu. Zobaczymy!

poniedziałek, 11 maja 2015

Kolacja





Stój! Zostań! Chcę Cię przekonać do wątróbki (drobiowej - do innej sama muszę się jeszcze przekonać). 
Mogę Cię tylko przekonać jeśli zechcesz wykonać kilka prostych czynności w kuchni. Potrzebne ci będą: wątróbki drobiowe, czerwona cebula, masło, trochę porto (może być inne wino, ale porto ma sens), masło, koperek, czili (u mnie świeże, ale płatki są ok), zielenina (najlepszy jest jarmuż, ale robię też z kapustą włoską - z nią na zdjęciu), sól i pieprz.
Posiekaj kapustę, wrzuć do garnka, dodaj małą ilość wody (około filiżanka na całą główkę kapusty), przykryj, posól, popierz, dodaj posiekane czili i przykryj. Kapusta ugotuje się, a raczej uparuje, w parę minut. Dobrze żeby była lekko al dente i jeszcze zielona. Wyłącz, odcedź, wrzuć łyżkę masła i solindą łychę posiekanego kopru. Wymieszaj i niech sobie kapucha poczeka na wątróbki. Na patelni rozpuść masło, wrzuć cebulę posiekaną w piórka i zeszkij na małym ogniu. Kiedy cebula będzie miękka, wrzuć posiekane wątróbki. Podkręć ogień,szybko obsmaż wątróbki, dodaj chlust porto, pogotuj chwilę, zmniejsz ogień i gotuj tak długo (raczej krótko) aż będą gotowe. Ja lubię gdy moje są jeszcze lekko różowe. Nie należy dopuścić do tego żeby umarły drugą śmiercią i stwardniały. Przełóż kapustę na talerz, na wierzch połóż wątróbki i ... zjedz.

Że kapusta z koperkiem dobrze się je wiadomo. Że pikantna kapusta jest lepsza od nie pikantnej to chyba też jasne. To że maślana, bardzo pikantna kapusta - nie od pieprzu lecz od czili - jest lepsza od lekko pikantnej to może być dla niektórych objawienie. Lekko słodkawe od porto i cebuli wątróbki na pikantnej, koperkowej kapuście to jest doznanie jakiego się nie spodziewasz. Zrób więc! 

wtorek, 5 maja 2015

Bluzka z kołnierzykiem Piotruś Pan po raz drugi.




Może pamiętacie poprzednią bluzkę którą uszyłam według wzoru z pierwszej książki The Great British Sewing Be , może nie ... Wyglądała tak:



Ta pierwsza jest dla mnie uszytkiem -sukcesem. Miarą suksesu w szyciu własnych ubrań jest ich noszenie lub nie. Oczywiście to, czy są dobrze odszyte czy nie ma znaczenia, bo przecież to ma wpływ na to jak się ubrania układają i czy miło się na nich wiesza oko. Tartanowa bluzka nie jest idealnie wykonana, ale na tyle przyzwoicie żeby z wierzchu żadnych większych gaf nie było widać. Tak mi się dobrze tą bluzkę nosi, że postanowiłam sobie uszyć jeszcze jedną, bardziej neutralną, która pasowałaby nie tylko do jeansów (nie twierdze, że ta pasuje tylko do jeansów, tylko, że z tych spodni które mam pasuje tylko do jeansów). Biały materiał w białe kropki kupiłam żeby uszyć inną bluzkę, ale odkąd go przyniosłam do domu wiedziałam, że to właśnie z niego powstanie drugi Piotruś Pan.

Białe na białym lepiej widać na tym zdjęciu:




O jak ja się jeszcze dużo muszę o szyciu nauczyć!!! Białego Piotrusia uszyłam według dokładnie tego samego wzoru, w tym samym rozmiarze co tartanowego. Nie pomyślałam o tym wcale, że to jakiego materiału użyję będzie miało znaczenie. A jednak. Tartanowa flanela łatwo się poddawała, pomimo, że nie jest rozciągliwa. Biała bawełniana popelina okazała się bardzo mało elastyczna. Oczywiście nie mierzyłam bluzki w czasie szycia, bo po co skoro raz już ją szyłam. Dopiero po zszyciu boków założyłam ją, ale ściągnąć nie dałam rady bez pomocy. Za ciasna! Na szczęście zapasy na szwy były półtoracentymetrowe - rozprułam szwy francuskie i zszyłam je normalnie z minimalnym (za to zabezpieczonym zolidnie) zapasem. Przez to, że materiał był mało podatny nie bardzo wyszło mi wdanie rękawów, co widać trochę z przodu bluzki, ale z tyłu jest nieco gorzej. Założyłam jednak do pracy i nikt się szwom nie przyglądał. Wiecie więc tylko Wy.

Grunt to się czegoś nowego nauczyć, a ja kilka lekcji z tego wyciągnęłam. W dodatku mam nową przyzwoitą bluzkę. Zastanawiam się czy nie dodać na czarnej tasiemki (w białe kropki) albo guziczków (białych lub czarnych) ... jeszcze nie wiem. Co myślicie?

niedziela, 26 kwietnia 2015

Irlandzki, pełnoziarnisty chleb na sodzie





Tradycyjne irlandzkie chleby są pieczone na sodzie. Długo nie były w moim guście. Ja lubię chleby na drożdżach, na zakwasie, wyrastane, przypieczone, z dziurami w środku, pachnące na umór. No, tylko że ... ja prawie nie jem chleba. Nie powinnam jeść chleba. Chleb to przepyszny wróg mojego trzymania się satysfakcjonującej mnie wagi. Poświęcanie więc czasu na pieczenie chleba na zakwasie to masochizm. 
Biały chleb na sodzie (Irish soda bread) nigdy nie przypadł nam szczególnie do gustu. To coś co można kupić jeśli przyjeżdża ktoś z Polski w gości (nie żeby to jakoś się często zdarzało). Pełnoziarnisty (wheaten bread) jednak zyskał sobie szczególną sympatię mojej młodszej latorośli. Od czasu do czasu go kupowałam, ale ja się nim nigdy szczególnie nie zachwycałam. Był dla mnie zawsze zbyt słodkawy.
Przed Wielkanocą odświeżyłam zakwas i miałam zamiar upiec solidny bochen żytniego chleba. Mąki były przed Świętami w promocji 3 w cenie 2, więc po wybraniu dwóch które potrzebowałam zaczęłam przeglądać gotowe miksy mąk na różnego rodzaju chleby. Co było trochę poza moimi normami, bo ja lubię wszystko od początku i należycie, nigdy na skróty (świr, wiem). Wybrałam wheaten, Do mąki wystarczyło dodać mleko lub maślankę, opcjonalnie masło i/lub cukier.
Zakwas nie zdążył nabrać mocy. Chleb na nim upieczony był jak cegła, zjadliwa, ale daleka od tego czym jest dobry chleb. Wheaten wyszedł jak marzenie. A że opakowanie zawierało 1,5 kg mąki, tyle, że wystarczyło na trzy bochenki, przez święta jedliśmy właśnie go.
Nie dodałam ani masła, ani cukru i pozbawiony słodyczy wheaten był przepyszny. Od Świąt piekę go cały czas. Najlepsze w nim, oprócz oczywiście smaku, jest to, że robi się go dosłownie chwilę. Wyrobienie ciasta zajmuje pięć minut, pieczenie trzydzieści. Ekspres. Można machnąć go na godzinę przed śniadaniem lub kolacją. Nie muszę chyba nikomu mówić, że najpyszniejszy jest z masłem? Najlepiej irlandzkim solonym!!!

Próbowałam od tamtego czasu różnych gotowych mieszanek (jak i domowych!) i różnych proporcji. Najlepsze w przepisach na wheaten jest to, że są bardzo elastyczne. Najważniejsze są proporcje mąk, to ile płynu się doda ma mniejsze znaczenie. Chleb wyjdzie niezależnie od tego, czy ciasto będzie na tyle gęste, że można go wyrobić ręcznie i piec na blasze, czy na tyle rzadkie, że trzeba wyrabiać łyżką i piec w formie. Osobiście wolę chleby pieczone w formie, robione z rzadszego ciasta, mniej się kruszą. Lepiej też wyrastają chleby pieczone na tłustym mleku niż na maślance. Ale to przecież już kwestia gustu. Trzeba sobie trochę poeksperymentować.

Zakładam, że nie macie dostępu do mieszanki na wheaten, ale to oczywiście w niczym nie przeszkadza, bo jest ona tylko mieszanką mąki pełnoziarnistej, zwykłej, soli i sody. Można sobie samemu wymieszać, nie?

Oczywiście mąki polskie będą się różniły od irlandzkich i ciasto może wyjść nie takie jak powinno, ale cokolwiek wyjdzie wrzućcie do piekarnika, będzie ok!

400 g pełnoziarnistej mąki pszennej
100 zwykłej mąki (nie chlebowej, im mniej glutenu tym lepiej!)
łyżeczka soli
płaska łyżeczka sody oczyszczonej
320 ml maślanki lub mleka
opcjonalnie łyżeczka cukru i/lub łyżka masła
łyżka płatków owsianych do posypania chleba (można też dodać do ciasta)

Wymieszaj suche składniki w misce, połącz z mokrymi. Wyrób ciasto szybko - tylko na tyle żeby składniki się połączyły, Przełóż ciasto na omączoną stolnicę, rozwałkuj na grubość 3 cm. Natnij w krzyż (tradycyjnie, ja tylko tnę raz), wstaw do piekarnika nagrzanego do dwustu stopni, Piecz 30 minut. 



 Możesz jednak chlusnąć mleka więcej. Chleb na zdjęciu jest zrobiony z rzadkiego ciasta, do powyższych proporcji dodałam około 450 ml mleka.



niedziela, 19 kwietnia 2015

Ekspresowy quilt dla Julii






O tym, że uszyję quilt dla Julii wiedziałam od momentu kiedy jej mama wiedziała, że Julia będzie. Miałam tylko poczekać na to aż będzie wiadomo czy to Julia czy Julian. Kupa czasu do zaczęcia projektu i kupa na wykonanie wydawałoby się. Kto by przypuszczał, że czas biegnie tak szybko? Julia urodziła się we wtorek, kilka dni po terminie. We wtorek to ja nawet nie miałam pomysłu na quilt. W środę zdecydowałam, że uszyję prostą szachownicę z dużych kwadratów w żółciach. Pokój Julii jest słonecznie żółty i tym został podyktowany wybór koloru, Wzór został podyktowany tym, że szyje się go ekspresowo. Julia mieszka po sąsiedzku, nie mogłam zadać sobie uczenia się nowych wzorów, bo poszłabym do małej z prezentem chyba dopiero jak ta by siedziała i gaworzyła! Dałam sobie weekend na uszycie quiltu.

W czwartek po pracy udało mi się pojechać do sklepu z materiałami. Wrzuciłam to co kupiłam do pralki od razu po powrocie do domu. A że było bardzo wietrznie i słonecznie materiały wyschły szybko więc postanowiłam sobie je jeszcze przygotować- wyprasować i pociąć w pasy (pasy, bo szyłam tą samą metodą co szachownicę do irlandzkiego łańcucha). Ale jakoś tak się stało, że półtorej godziny później miałam gotowy przód quiltu. Najlepszą motywacją jest sterta sześćdziesięciu zeszytów do sprawdzenia, których bardzo, bardzo nie chce się sprawdzać!!! 
W piątek przepikowałam warstwy. Niestety, tym razem nie potrafiłam się zgrać ze stopką kroczącą. Szyła maleńkim ściegiem, bez względu na to jak ustawiałam długość ściegu i naciąg. Poddałam się i szyłam ze zwykłą stopką. Efekt jest taki, że ściegi są nierówne, ale nie aż tak żeby rzucało się to w oczy. W piątek udało mi się też przygotować lamówkę i przyszyć ją do prawej strony quiltu. Już, już miałam przepuścić ją przez maszynę, ale jakoś tak się powstrzymałam. Quilt wyglądał przyzwoicie, pomimo lekko tańczących szwów, po co go psuć? Jeszcze mi się nie udało przyszyć lamówki maszyną tak, żeby było ładnie i prosto, a szyjąc ze zwykłą stopką - bez szans! Postanowiłam przyszyć ją ręcznie. Quilt jest kwadratem o boku 90 cm, są to więc prawie cztery metry do obszycia, ale też tylko cztery metry. Do zrobienia. To był dobry wybór bo wyszło ładnie, a ja nauczyłam się czegoś nowego (nie, nie umiałam robić niewidocznego ściegu wcześniej). Podniosłam sobie teraz poziom i może strzeliłam w kostkę, bo co będzie jak będę miała coś większego do obszycia? 
Obszycie lamówki zajęło mi ponad dwie godziny, zrobiłam to wczoraj wczesnym popołudniem, a pod wieczór poszliśmy poznać Julię. Kruszyna!

No, to może więcej zdjęć (quiltu, nie Kruszyny!)

Tył zrobiony jest z jednego kawałka materiału w bardzo drobną krateczkę. Na tym zdjęciu nawet jej nie widać. Widać natomiast (mam nadzieję) pikowanie.



Rogi mi nawet, nawet wyszły (postęp w porównaniu z poprzednimi). Na zdjęciu widać i prawą i lewą stronę i to, że lamówka trochę krzywa. Ale widać też, że nie widać szwu.





I jeszcze zbliżenia na lamówkę z prawej i lewej.






Jestem dumna z siebie. Kolejny quilt. Lepszy niż poprzednie. Mam do zrobienia jeszcze jeden, ale z tym poczekam aż dzidzia się urodzi. Przyszła mama nie zna płci, a jeśli to będzie dziewczynka, to quilt będzie musiał być różówy!




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...